Na zadane pytanie: „Czym jest dialog i w jaki sposób może nawiązać się
między dwoma nieznajomymi”? – odpowiedział: „Naprzód jest przed-dialog,
będący naszym powolnym albo gorączkowym przygotowaniem do dialogu.
Nie wiemy, oczywiście, jak się potoczy, ani jaką przybierze formę, nie
mogąc go wszakże wyrazić, z góry jesteśmy przekonani, że już się nawiązał:
milczący dialog z nieobecnym rozmówcą.
Następnie jest post-dialog – albo post-milczenie. To, co moglibyśmy
powiedzieć drugiemu podczas wymiany słów – to, co byłoby raczej
oswajaniem słów – które według wszelkiego prawdopodobieństwa wyrażałyby
tylko milczenie; milczenie, do którego odsyła nas każde niepojęte, czcze,
na próżno zgłębiane, zamknięte w sobie słowo.
Jest wreszcie to, co mogłoby stanowić dialog w prawdziwym znaczeniu tego
słowa, jedyny w swoim rodzaju, zasadniczy, ale który – niestety – nie nastąpi,
bo rozpoczyna się w chwili, kiedy się rozstajemy, na powrót zwróceni
naszej samotności”.
Dzieło nigdy nie jest spełnione. Porzuca nas w niespełnieniu, w którym
umrzemy. Pozostaje nam część bieli, nie po to, aby nią zawładnąć, ale by
się z nią pogodzić. I by się w niej ulokować.
Godzić się na pustkę, na nic, na biel. Wszystko, co stwarzamy, jest poza
nami.
Dzisiaj znów jestem w tej bieli bez głosu, bez gestu, bez słowa.
To, co pozostaje jeszcze do spełnienia, jest zawsze tylko tym, co samo chętnie
uważa się za spełnione: to pustynia, w którą spycha nas nasza niemoc.
Powiedzieć sobie, że koniec – poszukiwany kres – jest niemożliwy. Oczywiście
dla większości z nas to pociecha. Zmartwienie dla zagubionych, których
fascynuje nieznane.
Podjąć problem podziału przez pytanie: „Co należy do mnie?”
Bilans życia, zatwierdzony przez śmierć.
To co jest nie ma innego bytu niż ten, jaki nadaje mu podział.
Dobro zapieczętowane, to dobro utracone.
Dawać, ofiarować się po to, aby w zamian otrzymać od bliźniego dar o takim
samym znaczeniu, byłby to, na pierwszy rzut oka, podział doskonały.
Ale czyż Wszystko jest podzielne?
Czy uczucie, księga, życie w swej integralności mogą być dzielone?
Zresztą jeśli nie można wszystkiego podzielić, co pozostaje i pozostanie
na zawsze niepodzielne? Czym jest to, co do nas należy, a nigdy nie było nasze?
A jeśli dzielimy się tylko żywotnym pragnieniem dzielenia się, jedynym
sposobem ucieczki od samotności, od nicości?
Czy na pytanie: „Kim jestem”? odpowiem: „Pisarzem”?
Ale powinienem to uściślić: pisarzem i Żydem; wszakże nie po to, aby
obnosić się z moim judaizmem, ile raczej dlatego, aby zaznaczając swój
dystans do niego, tym łatwiej wcisnąć się w powstałą lukę.
Czy to jest bezsensowne?
Będąc jednym i drugim, nie kryję, że moim pragnieniem – ambicją – jest
być uznanym przede wszystkim za pisarza. Jak zatem wytłumaczyć pragnienie
– ambicję – aby jednocześnie być rozpoznawany jako Żyd?
Czy to naprawdę pragnienie, ambicja? A gdyby rzeczywiście tak było, co
by je motywowało?
A może należałoby to rozważyć inaczej?
Co to znaczy być pisarzem? Co to znaczy być Żydem?
I Żyd, i pisarz nie mają żadnego, własnego obrazu.
„Obydwaj są księgą”.