Recenzja
Oswajanie czasu
Agnieszka Sabor
W zalewie książek o sielskiej i rajskiej Prowansji najwspanialsza jest ta, którą napisał... profesor z Krakowa.
"Notatki z Prowansji” to coś znacznie więcej niż intymny przewodnik po krainie, którą autor ukochał przed wielu laty i do której powraca z taką regularnością, że w jednym z arlezjańskich barów doczekał się krzesła przy stoliku stałych bywalców.
Książka – napisana przez prof. Adama Wodnickiego, wieloletniego wykładowcę krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, tłumacza i znawcę kultury francuskiej – skutecznie oswaja czas. Sprawia, że staje się harmonijny i bezpieczny, że nie oznacza już biegu ku katastrofie, ale trwanie, kontynuację, ciągłość. Traci linearność, wracając do greckiego, kolistego kształtu.
Jeden z pierwszych obrazów, które autor przywołuje z zakamarków pamięci: obchodzone przed 15 laty 120. urodziny Jeanne Calment, najstarszej wówczas mieszkanki Arles: „Ożywiona, z kieliszkiem szampana w dłoni i rumieńcem na upudrowanych policzkach opowiadała o czasach dzieciństwa: o nastrojach powszechnego upokorzenia i smutku po klęsce pod Sedanem, leniwym życiu miasta, cenach oliwy i wina, o kolonialnym sklepie matki, pełnym dziwnych towarów i zapomnianych dzisiaj zapachów, gdzie jako 13-letnia, ale już dojrzała, zapowiadająca się na prawdziwą piękność dziewczyna, skulona w kącie za ladą, z lękiem patrzyła na rudowłosego, cuchnącego terpentyną i alkoholem malarza w niebieskiej bluzie i koszuli bez kołnierzyka, który kupował klej, makowy olej, biel cynkową do gruntowania płótna i butelkę absyntu”.
Przed piętnastu laty można więc jeszcze było spotkać kogoś, kto dobrze pamiętał van Gogha. Wspomnienia starej kobiety odbiły się echem w słuchaczu urodzonym wiele lat później. Przeszłość zmieszała się z teraźniejszością. Podobne doświadczenie bywa udziałem nas wszystkich: ileż to razy, przyglądając się twarzom dziadków, zastanawiamy się, kim byli ludzie, których spotykali w dzieciństwie i młodości. A przecież mogli zetknąć się np. z weteranami powstania styczniowego!
Profesor Wodnicki opowiadał kiedyś o swoim spacerze po cmentarzu, na którym wypatrzył nagrobek żołnierza napoleońskiego, zmarłego w 1812 r. – zdał sobie sprawę, że jego własny dziadek znał ludzi tamtego pokolenia. Zrozumiawszy to, poczuł nieoczekiwaną ulgę. Gdzieś ukryły się, przynajmniej na chwilę, groza i niesprawiedliwość przemijania. Dopóki ludzkie istnienia – nie tylko poprzez biologię, ale także nieoczekiwane spotkania i przypadkowe, wydawać by się mogło, koincydencje – składają się w łańcuch, wszystko jest w porządku.
Książka Adama Wodnickiego to opowieść o trwaniu – nie tym, które realizuje się zbiorowo, poprzez walkę „wbrew” albo „pomimo” (do czego przywykliśmy w naszym rejonie Europy), ale tym, które zapisane jest w rytuałach codzienności, włączających każdą przemianę w rytm powtarzalności.
Fragment recenzji z "Tygodnika Powszechnego", Nr 8 (3267), 19 lutego 2012.